poniedziałek, 31 października 2016

O Targach Książki słów kilka, czyli jak kupiłam książkę, której właściwie nie da się kupić

Przybyłam, zobaczyłam, zbankrutowałam (a w pewnym momencie też oniemiałam, ale do tego dojdziemy później). Czyli, cóż, powracam na bloga z postem o moim ulubionym krakowskim wydarzeniu w roku -  Targach Książki. 


Po raz pierwszy zdarzyło mi się autentycznie stać w kolejce. Zawsze, ale to zawsze wchodziłam bez problemu - ewentualnie kolejka przypominała sklepową, rozumiecie - 5 osób na krzyż. Tym razem kolejka była... duża. Bardzo. Zakręcała na parkingu, a w pewnym momencie zaczynała już okrążać budynek (na szczęście ja wtedy byłam już za zakrętem). Czekałam 25 min, więc na Targi weszłam chwilę po 11 (i z miejsca zrezygnowałam z szatni, dziękując sobie w myślach za fantastyczny pomysł zabrania lekkiej i pakownej kurtki). 

Targi! Mój dom, moje miejsce! Stoiska w tym samym miejscu, co rok temu (no, przynajmniej niektóre...). Ludzi może trochę więcej, ale hej, da się przeżyć. 

Swoje kroki skierowałam na początku (to już się staje tradycją) do stoiska wydawnictwa Galeria książki, by zaopatrzyć się w Młot Thora (kupowanie nowości od tego wydawnictwa na Targach to w ogóle chyba jakaś moja tradycja...). Wpakowałam książkę do plecaka (ja wiem, wiem, szmaciane torby z książkoholicznymi napisami są śliczne i cudowne, ale jeśli zamierzacie kupić więcej, niż dwie książki, nie bierzcie ich. Serio. Nie. Postawcie na plecak.)

Nie wstawiam zdjęcia, bo i tak okładkę wszyscy znają. (To nie tak, że zapomniałam je zrobić, i nie chce mi się drugi raz zgrywać zdjęć... nie...)

Tak wyszło, że dość szybko trafiłam na stanowisko Książki w mieście. Miałam to w planach, bo już od dawna marzyło mi się materiałowe ubranko na książkę. Dzięki niemu mogłabym czytać w komunikacji miejskiej bez obawy, że zniszczę książkę (nie to, żebym była jakąś fanatyczką, ale jednak trochę szkoda...).
No i mam :) 

Jako model posłużyła gruba, ale w miękkiej oprawie Ania z Wyspy Księcia Edwarda

 A potem się włóczyłam... i włóczyłam... i włóczyłam... Oglądałam sobie wznowienie Wodnikowego wzgórza na stoisku Wydawnictwa literackiego (nie kupiłam, kosztowało 50 zł, postanowiłam kupić przez internet - za 40 zł...).
W końcu zawędrowałam na stoisko księgarni-wydawnictwa Świat książki. Pierwotnie miałam w planach zakupić powieść Słowik, jednak jakoś mi się odechciało, i ostatecznie kupiłam tylko (również zaplanowany) Gwiezdny pył Neila Gaimana w pięknym, nowym wydaniu od wydawnictwa Mag.
Od jakiegoś czasu chciałam zapoznać się z twórczością tego autora, i jej! - wreszcie mam okazję :)


A jakiś czas potem nastąpił cud. 
Przed tym cudem zawędrowałam na stoisko z książkami anglojęzycznymi. Popatrzyłam, przekartkowałam, pokiwałam głową nad "superhipergadżetami książkowymi", które widziałam w Anglii na stacjach benzynowych (takie śmieszne lampki do czytania i małe, plastikowe zakładki w kształcie strzałek - sama takie mam), i poszłam dalej się włóczyć - wszak tyle już widziałam Waterstonesów i WHSmithów, że Harry Potter po angielsku przestał robić na mnie wrażenie. 

Ponieważ na Targach włóczę się zwykle w sposób niezorganizowany, po jakimś czasie wróciłam w tamto miejsce. I... kucnęłam. Przy takim jakby stolikiem. 

A moim oczom ukazał się widok wprost nieziemski. Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę, więc wyciągam rękę, biorę tę książkę w garść... Cóż, oniemiałam. 

Oto przede mną stało przepiękne wydanie The Star Wars Trilogy z wydawnictwa Barnes&Noble, to właśnie, którego próżno szukać na Bookdepository czy w ogromnych, angielskich księgarniach (jak Waterstones przy Picadilly), a o kupieniu go w Polsce w ogóle można zapomnieć. 

Przejęta wzięłam książkę do ręki, i myślę: pewnie kosztuje ze 150 zł. Co szkodzi spróbować - pytam o cenę... 90 zł! Pomyślałam: co szkodzi spróbować, i spytałam o książkę podobnej dostępności - Doctora Who z Barnes&Noble. Niestety, pani nie miała pojęcia, czym jest Doctor Who, wnioskuję, że książki też nie mieli (zresztą, za pięknie by było). Kupiłam więc Star Warsy i odeszłam w siną dal w tłum, dosłownie przyciskając książkę do - piersi z myślą "kupiłam niekupowalne... kupiłam niekupowalne...". 

I to jeszcze dokładnie to wydanie, które chciałam - bo istnieją jeszcze wersje z R2D2 i C3PO. 
Nie ma to jak wejść na stronę B&N ponapawać się posiadaniem Star Warsów i zobaczyć nową książkę z Doctora Who. Co znaczy, że teraz chcę dwie. A ta pierwsza zrobiła się dziwnie niedostępna...  Ale przynajmniej mam Star Warsy :D 

Kolejna książka to Tygrys i Róża Małgorzaty Musierowicz. Powolutku kompletuję Jeżycjadę (zajmie to pewnie kilka lat, bo jednak są też inne książki, a Jeżycjadę czytałam). Na stoisku wydawnictwa Akapit Press była ta sama zaangażowana pani co zwykle. Uprzejmie informuję 0 gdy tylko podejdziecie do stoiska, spyta was: ile macie lat/jakie książki lubicie/czy już coś wybraliście/co czytaliście z Jeżycjady/zacznie wam mocno polecać jakąś książkę. Jest bardzo sympatyczna. Spotykam ją już chyba trzeci rok. 

Okazało się, że niektóre egzemplarze Jeżycjady były z autografem Małgorzaty Musierowicz (gdy pani mi o tym powiedziała, odpowiedziałam jej bardzo inteligentnym i rozbudowanym: Tak?). 

Dlaczego akurat Tygrys i Róża? Bo lubię Laurę. 


Autograf, mój tygrys (albo bardziej lew) i róża. Hehe #żarcikisłowne

Tak prezentuje się mój książkowy stosik. Jest... nieco inny, niż się spodziewałam, ale jestem z niego dumna (tylko że kończy mi się miejsce na riordanowskiej półce...)


Pora na refleksje z Targów.

Po pierwsze: buuu, nie spotkałam Marakui :( A snułam się po Targach baaardzo długo. No cóż, może w przyszłym roku? (swoją drogą, jestem ciekawa twoich wrażeń z Targów).

Po drugie: widziałam Anitę z Book Reviews z Ulą, Maję K., Klaudię z totalbooknerd7 i Abigail Jailette. Nie podeszłam, stwierdziłam, że podejdę za rok, jak będę wyglądać na trochę starszą i mądrzejszą. Bo teraz głupio by mi było mówić do nich wszystkich po imieniu. A "paniować" też jakoś nie chcę, heh. Może za rok się ośmielę.

Po trzecie: Znak po raz trzeci miał to samo głupie, wąskie stoisko. I znowu zaprosił tam jakieś sławy (w końcu wydaje biografie...), i nie dało się dopchać i pooglądać ich książek. Niby duże, ważne wydawnictwo, ale co roku uparcie mają to samo stoisko (nie wierzę, że nie mogą mieć innego, przecież chyba nikt ich ta nie uwiązał?).

Po czwarte: Podróżnicy.
Wrr.
Ja wiem, Wojciechowska, Cejrowski, mała Nela itd. to jedne z najbardziej poczytnych osób w Polsce, i muszą być na Targach, podpisać najnowsze książki i w ogóle.
Ale dlaczego zapraszające ich wydawnictwa rok w rok mają stoiska w samym środku hali, przez co zatkane są wszystkie okoliczne alejki, nie rozumiem.
Nie przekonuje mnie też argument "Bo te osoby są po to, żeby więcej ludzi przyciągnąć na stoisko do kupienia książek". Kto miał przyjść i kupić, przyszedł i kupił, a teraz stoi w kolejce. A kolejka stanowi skuteczną barierę i zniechęcacz do odwiedzenia stoiska.
Serio, mają tam sale konferencyjne, mogą na stoisku zrobić ogromny baner "SPOTKANIE Z IKSIŃSKIM W SALI TAKIEJ A TAKIEJ" - to nie.
Kiedyś wybuchnie tam panika, ludzie się stratują, i będzie po wszystkim.
Jeśli nie jesteście naprawdę wielkimi fanami, unikajcie podróżników. Albo spędzicie parę godzin w kolejce...

Ale wiecie co? Była obecna ta niepowtarzalna, magiczna atmosfera Targów (i nie mówię tutaj o duchocie). Te wszystkie książki, książki, książki, zakładki, i znowu książki, mnóstwo książek, a ty po prostu chodzisz i je oglądasz, i świetnie się bawisz, bo kochasz Targi Książki... Niepowtarzalne.

Do zobaczenia za rok :) 

9 komentarzy:

  1. Jejku jakie przepiękne wydanie gwiezdnego pyłu! ;o The Star Wars Trilogy też zazdroszczę </3

    OdpowiedzUsuń
  2. Zazdroszczę bycia na targach! Może kiedyś też mi się uda... :P Aha! I czekam na listopadowe ''Five o'clock'' (mam nadzieję, że się pojawi :D, a jak nie to i tak fajnie, że wróciłaś ;)).
    Katty

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Five o'clock listopadowe już się pisze :D

      Usuń
  3. A ja w tym roku na Targach byłam tylko 2,5 h, ale za to z siostrą kupiłyśmy aż 6 książek - jak dla mnie jak na tak krótki czas to przerażający wynik!
    Byłam na tym anglojęzycznym stoisku, ale nie widziałam "The Star Wars Trilogy"! Ale może to i lepiej, bo jakbym zobaczyła, to by mi pewnie serce pękło z rozpaczy, że nie mam wystarczająco dużo pieniędzy.
    O, też rozpoczęłam swoją przygodę z Gaimanem od "Gwiezdnego Pyłu", bardzo polecam!
    A co do Galerii Książki, to rok temu chciałam tam kupić pierwszego Magnusa, ale nawet na stoisku Empiku był tańszy (co?), a na Bonito to już w ogóle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo właśnie "The Star Wars Trilogy" było tylko jedno. I chyba nie od razu je wystawili. Możliwe, że byłaś tam po prostu po mnie :D
      Jakoś już się przyzwyczaiłam do kupowania w Galerii książki. Nawet, jeśli jest te 5-10 zł drożej, to raz do roku sobie pozwolę (wcale nie chodzi o to, że rok temu była torba, a w tym roku zawieszka na drzwi... xD).

      Usuń
  4. Ja na Targi jeżdżę tylko do Warszawy, bo Kraków trochę daleko, ale mam w planach tam kiedyś się pojawić.

    OdpowiedzUsuń
  5. Też żałuję że się nie spotkałyśmy... ale zamierzam wrócić na Targi za rok, więc może kiedyś się uda ;) Kurczę, gdzie było stoisko anglojęzyczne? Nie doszłam do niego, chciaż to był jeden z moich głównych celów. W ogóle mam straszny niedosyt Targów (i kupiłam tylko dwie książki, co jest bardzo dziwnym fenomenem i ktoś z tego będzie kiedyś pisał doktorat, zobaczycie)
    Bardzo świetny post :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby się udało :D
      Stoiska anglojęzyczne były 2. Na jedno zabłądziłam przypadkiem, i chyba było w hali Dunaj, natomiast to, o którym piszę w poście, miało chyba numer D54 :D

      Usuń

Cieszę się, że zajrzałeś na mojego bloga. Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz za sobą komentarz, ale uprzejmie proszę, by nie przeklinać i nie obrażać się nawzajem :-)
Możesz podpisać się linkiem do swojego bloga - chętnie zajrzę, ale proszę, nie komentuj tylko i wyłącznie w celu reklamy.
Pozdrawiam!